W taki właśnie sposób wychowujemy zuchwałe bachory – psychiatra ze Szwecji

W rozmowie z Żanetą Otto szwedzki psychiatra i autor książek David Eberhard opowiada o wychowaniu liberalnym, które wyrządza wielkie szkody zarówno dzieciom, jak i ich rodzicom.

Umówiłam się z Davidem Eberhardem w jego mieszkaniu w centrum Sztokholmu. Papużka falista skrzeczy w swojej klatce, dzieci są jeszcze w szkole i w przedszkolu. David wyciąga cztery napisane przez niego książki. Jego ulubione tematy to: wychowanie, dążenie społeczeństwa do bezpieczeństwa i zwariowanie dorosłych na jego punkcie. W szwedzkim wydaniu jego nowej książki widnieje zdjęcie jego syna w kamizelce światłoodpornej i w kasku. Syn siedzi w foteliku dziecięcym w aucie i jest przymocowany pasami bezpieczeństwa. W celu przeprowadzenia wywiadu ze mną przyszedł prosto z kliniki. Jest on wiodącym psychiatrą w grupie 150 pracowników, jego trzecia żona jest pielęgniarką.

Pan Eberhard bardzo szczegółowo rozpatruje temat lęków obecnych u rodziców. Mimo że w obecnych czasach mało jest poważnych zagrożeń dla młodych rodzin, niemniej jednak rodzice odczuwają coraz to nowsze lęki odnośnie wychowania swoich dzieci. Pan Eberhard pokazuje, w jaki sposób współcześni rodzice są rozdzierani poprzez przeróżne przeciwności życiowe. Prowokuje ich, chce pobudzić do refleksji nad swoim zachowaniem. Swoje wnioski opiera na wielu międzynarodowych badaniach. Mówi między innymi o tym, że w celu zwiększenia witalności dzieci, należy od najmłodszych lat uczyć ich sposobu radzenia sobie z nieprzyjemnymi sytuacjami życiowymi.

Psychiatra dosyć ostro ocenia specjalistów od wychowania dzieci, mimo że nie zaprzecza, że rodzice mogą zaczerpnąć pewne informacje z ich doświadczenia. Wiedza ekspertów zbyt często jest oparta na osobistych przekonaniach oraz na zdrowym rozsądku, czyli na czymś, co rodzice mogą samodzielnie w sobie wykształcić. Ważne jest to, że we własnym domu nikt nie jest w stanie być ekspertem. Specjalistami pierwszej klasy są tylko rodzice, którzy nie mają dzieci.

“Coś jest nie tak, jak być powinno” – taką właśnie diagnozę często słyszymy od tak zwanych ekspertów. Rodzice szukają odpowiedzi u lekarzy na swoją bezsilność. Diagnozę choroby dziecka – syndrom braku uwagi oraz hiperaktywność – często przyjmują z ulgą, gdyż otrzymali wyjaśnienie zachowania dziecka i dzięki temu mogą przestać obwiniać samych siebie. Rodzicie zdają się dziwić temu, że ich dzieci są zmęczone, rozdrażnione, hiperaktywne, ale nie przychodzi im do głowy, żeby swoje dziecko wcześniej położyć do łóżka albo zabronić nastolatkowi przez pół nocy przesiadywać przed komputerem. Eberhard nie skąpi krytyki.

– Kiedy był Pan po raz ostatni ze swoimi dziećmi w restauracji?

– Całkiem niedawno. Dlaczego Pani pyta?

– Dlatego, że właściciele restauracji i innych miejsc publicznych w Sztokholmie mają dość dzieci, które nie potrafią się zachować. W pewnej kawiarni wprowadzono zakaz wchodzenia dla rodzin [z dziećmi]. I to się dzieje w kochającej dzieci Szwecji.

– Doskonale zdaję sobie sprawę, o czym jest mowa. Zawsze się znajdą dzieci, które się drą, wylewają napoje, biegają po pomieszczeniu, albo przy temperaturze minus pięć stopni otwierają na oścież drzwi wejściowe, podczas gdy ich rodzice siedzą obok i nawet nie przyjdzie im do głowy, żeby się wtrącić.

– Dlaczego w takim wypadku inni ludzie nie próbują je okiełznać?

– Ludziom brakuje odwagi. Rodzicom jest bardzo przykro, gdy ich dzieci są krytykowane. Wcześniej nasze społeczeństwo było społeczeństwem ludzi dorosłych. Wartości ludzkie odnośnie wychowania dzieci były wspólne. Kiedy dziecko zachowywało się niekulturalnie, to do takiego dziecka podchodzili dorośli i mówili: przestań! Takiego wspólnego frontu już raczej nie ma. Obecnie my, dorośli, nie ponosimy odpowiedzialności za siebie nawzajem, a tylko za swoje dzieci.

– Pana nowa książka “Dzieci u władzy” za kilka tygodni zostanie wydana w języku niemieckim. Twierdzi w niej Pan, że liberalna metoda wychowawcza odniosło fiasko. Dlaczego?

– Dlatego, że rodzice już nie zachowują się jak odpowiedzialni dorośli. Uważają, że powinni zostać najlepszymi przyjaciółmi dla swoich dzieci i ustawiają samych siebie na tym samym poziomie rozwoju, co ich dzieci. Brakuje im odwagi na to, żeby im zaprzeczyć oraz żeby stworzyć pewne granice. Dorośli już więcej nie podejmują żadnych decyzji. Chcą być równie czadowi i zbuntowani, jak ich dzieci. W chwili obecnej nasze społeczeństwo składa się z samych nastolatków.

– Czyli Pan uważa, że niemieccy rodzice pozwalają swoim dzieciom dyktować sobie, dokąd mają wybrać się na urlop, co jeść i co oglądać w telewizji?

– Wielu siebie rozpozna w tym. Rodzice bardzo niechętnie mówią o swoich problemach odnośnie wychowania dzieci. Mówią w ten sposób: u nas wszystko jest w porządku, to, o czym Pan mówi, nas nie dotyczy! Tym niemniej, przez cały czas męczy ich sumienie, bo uważają oni, że wiele rzeczy robią niewłaściwie. Przychodzą zmęczeni po pracy do domu i gotują to, co lubi ich dziecko, bo nie chcą z nim dyskutować. Pozwalają mu siedzieć przed telewizorem dłużej, niż to było wcześniej ustalone, żeby przez chwilę rozkoszować się spokojem. Jadą na urlop w takie miejsce, gdzie ich dzieci będą zajęte, ale gdyby nie dzieci, to dorośli nawet by nie pomyśleli o takim spędzaniu czasu. Nie twierdzę, że to jest niewłaściwe. Mówię tylko o tym, że życie rodziców nie powinno się obracać tylko i wyłącznie dookoła dziecka. Nie ma żadnych naukowych dowodów na to, że to w jakiś pozytywny sposób wpływa na przyszłość dzieci, że dzięki temu osiągają większe sukcesy albo stają się bardziej beztroscy w życiu dorosłym.

Nazwa książki: “Jak dzieci przejęły władzę – monstrualne owoce wychowania bezstresowego”

– Pan jest ojcem sześciorga dzieci. Kto w Pana rodzinie ustala zasady? 

– Ja.

– I nie ma żadnych struktur demokratycznych?

Wcale nie uważam, że rodzina w ogóle powinna być instytucją demokratyczną. Stosunki pomiędzy dorosłymi i dziećmi są zawsze asymetryczne, są to stosunki mistrza oraz ucznia. Jeden uczy, drugi słucha. Rodzice mogą w lepszy sposób oceniać zaistniałe okoliczności, mają większe doświadczenie, więcej wiedzą. Dlatego też to właśnie oni powinni ustalać zasady.

– W jaki sposób, mieszkając w liberalnym szwedzkim społeczeństwie, udaje się Panu wychowywać swoje dzieci w atmosferze dyscypliny oraz w sposób autorytatywny?

– Nie mogę zbytnio różnić się od innych rodziców, gdyż w innym przypadku moje dzieci zetkną się z przeróżnymi problemami. Zresztą nie pozwolono by mi też na wojujący autorytaryzm.

– Czyli musi się Pan kontrolować?

– Och, proszę nie przesadzać (śmieje się). Niektórzy moi czytelnicy również uważają, że pragnę powrotu do wychowania wojennego, powrotu do kar cielesnych. Nigdy nie pisałem czegoś takiego. Nigdy nie uderzyłem dziecka.

– Obecnie w Niemczech toczy się dyskusja na temat wypowiedzi papieża o dopuszczalności lekkich klapsów jako metody wychowawczej. W swojej książce pisze Pan, że nie ma żadnych dowodów na to, że dzieci, które zostały wychowane w atmosferze srogości, włączając w to dzieci, które były bite, trudniej sobie później radzą w życiu. W jakim stopniu identyfikuje się Pan z wypowiedzią papieża?

– Całkowicie się nie zgadzam z Panią odnośnie tego zagadnienia. W moich książkach mówię o tym, że dla dzieci jest niezmiernie ważne, żeby one były wychowane w taki sposób, aby ich zachowanie odpowiadało wartościom oraz normom społeczeństwa, częścią którego one są. Dzieci, które otrzymują klapsy w społeczeństwie, w którym takie klapsy uchodzą za normę, nie będą zbytnio traumatyzowane nimi. Ale rodzice na Zachodzie boją się teraz wszystkiego, uważając, że nawet najmniejsza krytyka może być przyczyną traumy ich dziecka. Nie uważają za stosowne powiedzieć córce w okresie dojrzewania: nie jedz tak dużo czekolady, bo inaczej będziesz gruba – bo się boją, że dziewczynka wtedy obierze inny skrajny model zachowania, na przykład anoreksję. Uważam, że możemy czegoś wymagać od dzieci, wytrzymają to. Nie należy traktować je niczym porcelanowe lalki.

– Skąd się bierze ten strach, żeby nie skrzywdzić dziecka różnymi metodami wychowawczymi oraz określoną surowością w zachowaniu?

– Mam wrażenie, że jest w tym pewna wina specjalistów od wychowania.

– …czyli ludzi, takich jak Pan?

– Mówię do rodziców, że nie powinni oni słuchać zbyt dużo różnych specjalistów od doradzania.

– Tylko przeczytać Pana książkę i to wystarczy.

– Można mi to zarzucić, ale dla przykładu, teoria przywiązania John’a Bowlby’ego – uważana za teorię, która nie wywołuje żadnych wątpliwości, często jest interpretowana przez specjalistów zbyt luźno. To prowadzi do tego, że rodzice myślą, że wyrządzą dziecku szkodę, jeśli zbyt wcześnie oddadzą je do przedszkola, gdzie dziecko będzie spędzało większość czasu z wychowawczynią, a nie matką. Ale nigdy mi się nie zdarzyło zobaczyć dziecko, które by było bardziej przywiązane do swojej wychowawczyni, niż do własnej matki.

– Jesper Juul z Danii jest bardzo popularny w Niemczech. Podczas jego wykładów na temat autentyczności i partnerskim obcowaniu z dziećmi zbierają się pełne widownie.

– Gdybym tylko chciał, to zbierałbym podobne tłumy!

– W jaki sposób wyjaśni Pan powodzenie Juula?

– Pojawił się w odpowiednim momencie i skierował swoje kroki od razu w kierunku wychowawczego vacuum. Autorytatywnego wychowania już nikt nie chce, jak również nikt nie przepada za “niewidzialną ręką rynku”, która sama wychowa dziecko. Swoich rodziców nikt nie chce słuchać, a poleganie na własnej intuicji wydaje się być zbyt lekkomyślne. Jesper Juul mówi o bardzo prostych rzeczach, niektóre z nich są bardzo racjonalne, inne mniej. Jego pierwsza książka “Twoje kompetentne dziecko. Dlaczego powinniśmy traktować dzieci poważniej?” spotkała się z całkowitym brakiem rekomendacji, była obojętna dla większości rodziców. I nagle wszyscy zaczęli mówić o tym, że dziecko nie tylko nie można karać, ale również nie należy je chwalić.

– Nie należy chwalić?

– Tak, i takie rzeczy mówi nie tylko Juul. Jeśli moja córka chce pokazać mi swój rysunek, to jedyne, co mogę powiedzieć to: “O, rysunek! Fascynujące! Czułaś się szczęśliwa podczas rysowania?”. Ale przecież jest to niewłaściwy sposób komunikacji, nie jestem taki, dlaczego więc powinienem udawać kogoś innego? Rodzice powinni dokładnie dobierać słowa, zanim powiedzą je do dziecka. Oby tylko nie zawstydzić je, nie pozbawić pewności siebie ani nie skazać je na wpływy konkurencji. Problem z ekspertami polega na ich moralizatorstwie. A rodzice w poszukiwaniu odpowiedniej orientacji w tym zagadnieniu chłoną w siebie dogmaty i ideologie, których później bardzo trudno jest się pozbyć.

– Rodzice niemieccy marzą o Bullerbyn albo o Lenneberdze.

– Szwedzi również są zakochani do szaleństwa w historiach Astrid Lindgren oraz we wszystkich idealistycznych obrazach. Proszę się jednak zastanowić, jak wychowują się dzieci w tych książkach. Przez całe dnie chodzą tam i z powrotem, bez nadzoru, bez kasków oraz kapeluszy od słońca. Michel przywiązał swoją malutką siostrę Idę na wierzchołku maszty. A Lotta z ulicy Awanturników jeździła ze swoimi braćmi i siostrami na dachu Volkswagena. W czasach teraźniejszych jest to całkowicie nie do pomyślenia – rodzice oraz departament do spraw niepełnoletnich (Jugendamt) trzymają siebie nawzajem na muszce. W przedszkolu mojego syna wszystkie dzieci powinny nosić kaski podczas jazdy na sankach!

– Co jest złego w pragnieniu chronić dzieci?

– Nadopiekuńczość. Jeśli chcemy otrzymać to kompetentne dziecko, to trzeba mu pozwolić na samodzielne chodzenie do szkoły. W wieku sześciu lat dziecko już to potrafi zrobić samodzielnie, nawet w mieście z dużym ruchem ulicznym. Rodzice nie pozwalają na to, ale jednocześnie proponują dziecku podejmowanie decyzji albo dyskutowanie na każdy temat na równi z osobą dorosłą. Wielu dorosłych przeczy samym sobie, całkowicie nie zdając sobie sprawy z tego, co stymuluje ich dziecko, co pomaga mu w jego dalszym rozwoju, a co jest dla niego przesadnie ciężkim bagażem.

– Jakie są konsekwencje tego?

Źle przygotowujemy dzieci do życia dorosłego, oszukując je, że im nic złego nigdy się nie przytrafi, że zawsze będziemy istnieli w ich życiu, że są oni pępkiem Ziemi. W swojej klinice psychiatrycznej często spotykam młodych ludzi, którzy potrzebują pomocy, bo dla przykładu – zostawiła ich dziewczyna z powodu śmierci psa. Jest oczywiste, że tacy ludzie odczuwają trudności, jeśli chodzi o radzenie sobie ze zwykłymi emocjami.

– Niemcy już od dawna wzorują się na Szwecji jeśli chodzi o troskę o dzieci oraz o kwestię równouprawnienia. Teraz proszę powiedzieć: proszę w końcu przestać nas naśladować!

– Dzieje się tak, bo przegięliśmy pałę. Już nie kontrolujemy wychowania bezstresowego, a temat równouprawnienia stał się jednym z wielu dogmatów społecznych. Każdy z nas oddaje swoje dzieci do przedszkola już w pierwszym roku życia. Idąc tym tropem dalej, matki oraz ojcowie pracują w miarę możliwości na równych zasadach, w miarę możliwości równie dużo i w miarę możliwości na jednakowych pozycjach zawodowych. Nikt nie powinien być z tyłu kogoś innego. Praca stała się jedyną możliwością na czucie się człowiekiem. Przekonanie o tym przenika nas za młodu. Rodzicielstwo przestaje być wartością samą w sobie. Rodzice bardzo szybko muszą się zastanawiać: kto będzie mógł zostać z dzieckiem w domu oraz na jak długo, a kto będzie kontynuował pracę zawodową.

Dzwoni jego żona. Prosi go o rozwieszenie prania, bo pościel młodszego syna musi wyschnąć do wieczora. Pan Eberhard przerywa wywiad, żeby wykonać swoje prace domowe.

– Co się dzieje w przypadku, gdy kobieta postanowi dłużej zatrzymać się w domu?

– Na to w chwili obecnej nie może sobie pozwolić żadna kobieta. Będzie przesadnie obwiniana, zamieni się w reakcyjną, staromodną zdrajczynię swojej płci.

– “Hen”, zaimek rzeczowny średniego rodzaju stał się oficjalny w leksykonie szwedzkim. W taki też sposób nie powinno się mówić o dziecku “on” bądź “ona”.

– Jest to okrutne zachowanie względem dzieci, na całe szczęście praktykowane dopiero w kilku instytucjach dziecięcych. To przyrównywanie wszystkich do jednego poziomu ignoruje dorobek całej wiedzy naukowej o biologicznym rozwoju dzieci. Mamy ogromny problem z nastolatkami płci męskiej. Już nikt nie traktuje ich jak małych chłopczyków, a więc już nie są w stanie samodzielnie radzić sobie w szkole.

– Czy to jest powodem dlaczego poziom nauczania w szkołach Szwecji tak mocno ucierpiał w porównaniu z poziomem międzynarodowym?

– Nie tylko z tego powodu tak się dzieje. Problem też tkwi w naszych nauczycielach, ich autorytet jest nic nie warty. Dzieci wcale nie uważają, że muszą ich konieczne słuchać, skoro nie słuchają nawet swoich własnych rodziców. Jako następstwo tego widzimy spadek wyników w nauce. Zgodnie z badaniami Pisa uczniowie Szwecji są liderami odnośnie do wagarowania, znieważania nauczycieli oraz wandalizmu. I proszę nie zapominać: odnośnie pewności siebie również!

To jest zachowanie typowe dla dzieci, które przez cały czas znajdują się w centrum troski oraz uwagi.

– Tak, i te dzieci, tak zwane “pępki Ziemi” później wyrastają i biorą udział w szwedzkim programie telewizyjnym “Idol”. W tym programie szuka się talentów piosenkarskich, które jutro zostaną supergwiazdami. Przychodzą na to show, ale wcale nie umieją śpiewać, ale nawet nie są tego świadomi. Jurorzy, po chwili zdumienia, pytają taką osobę: czy nikt ci wcześniej nie powiedział, że nie potrafisz śpiewać?

– Jego rodzice byli zbyt tchórzliwi?

– Nie chcieli być przyczyną traumy dla biednego dzieciątka. W taki sposób wyrastają właśnie zuchwałe bachory, które wkraczają do tego świata z całkowicie wypaczonym wyobrażeniem o swoich najlepszych zdolnościach. Koncentracja tylko i wyłącznie na potrzebach dziecka nie jest najlepszą metodą wychowawczą na świecie. Jeśli to byłoby prawdą, to nasze dzieci kochałyby nas bardziej niż ktokolwiek kogokolwiek gdziekolwiek na świecie. Ale tak przecież nie jest. Jak tylko się starzejemy i robimy się zniedołężniali, to te same dzieci oddają nas do domu starców. W innych krajach rodziny dlatego żyją razem dlatego, że rodzice w starszym wieku nadal są doceniani.

 

Jeśli znalazłeś błąd w pisowni, powiadom nas, zaznaczając ten tekst i naciskając Ctrl+Enter.

Dodaj komentarz

avatar